Do źródeł Santa Cruz – Glacier King.

Witam Państwa bardzo serdecznie. Od razu na wstępie czuję się zobowiązany wyjaśnić poślizg i późną publikację relacji z pobytu w Argentynie, wynikłą z tytułu materiału, który ukazał się w magazynie Wędkarski Świat. Zakontraktowany tekst można było przeczytać w lipcowym numerze WŚ i uzyskał bardzo pozytywne opinie czytelników. Dla tego postanowiłem wstrzymać się do momentu ukazania się kolejnego numeru magazynu a następnie opublikować materiał w oryginalnej wersji zwłaszcza dla tych z Państwa, którzy nie mieli jeszcze okazji do przeczytania.

Zapraszam zatem razem z Trout Land oraz  moim przyjacielem Markiem Szymańskim redaktorem naczelnym WŚ w podróż na lodowce Argentyny.

IMG_1960

„Grzegorza Fryca, nasi stali czytelnicy pamiętają zapewne jako młodego chłopaka, współpracownika WŚ, autora tekstów i doskonałego wędkarza. W 2006 roku Grzegorz wyjeżdża do Wielkiej Brytanii, gdzie wkrótce dołącza do nielicznej grupy ludzi w branży FF, którzy mają szczęście eksplorować najodleglejsze, najbardziej dziewicze zakątki naszej planety w poszukiwaniu unikalnych łowisk największych przedstawicieli gatunków ryb sportowych. Są to miejsca będące często częścią parków narodowych, rezerwatów przyrody, lub na tyle niedostępne, że natura aż do dziś skrywa tam swoje sekrety, nigdy wcześniej nie odkryte przez człowieka. Poprosiłem Grzegorza by przedstawił Wam kawałek swojego świata. Zgodził się bez namysłu, gdyż jak sam mówi „Wędkarski Świat” to właściwie „kołyska”,  w której narodził się jako autor i pierwsza szansa, którą los przygotował na jego życiowej drodze. Nader wszystko ceni sobie jednak możliwość dotarcia do ludzi, przekazania wiedzy, ciekawostek, doświadczenia oraz przede wszystkim szanse zbudzenia w czytelniku  po prostu pozytywnych emocji. Oddaje was drodzy Państwo w ręce Grzegorza i wraz z autorem zapraszam na niesamowitą podroż na lodowce Argentyny w poszukiwaniu największych łososi świata”.

Marek Szymański.

 

„U źródeł Santa Cruz.”

Lodowce Argentyny zostały odkryte wędkarsko zaledwie dwa sezony temu, a przygotowane do komercyjnych wypraw dopiero w zeszłym roku. Nasza grupa (całkowicie polska) była jedną z pierwszych, które miały zaszczyt i przywilej zmierzenia się z największymi łososiami Świata.

Trudne Kingi

Większość rzek określanych mianem chinook-owych (Chinook King Salmon, łosoś pacyficzny) to łowiska bardzo niedostępne jeśli chodzi o linię brzegową i bezpośrednie otoczenie. Charakteryzują się bardzo głębokimi kanałami tzw. channel, którymi ryby przemieszczają się w górę rzeki z pool do pool. Łowienie ryb odpoczywających w tzw. Resting Pool jest praktycznie nie możliwe ze względu na ich głębokość (często 8-12m). W takich miejscach  oczywiście ryby rolują się na powierzchni lecz są to jedynie przepychanki pomiędzy rybami bardzo świeżymi, bardzo silnymi a rybami „starymi”, które przebywają w rzece już jakiś czas i są przez te pierwsze przeganiane. Ryby te są bardzo ciężkim celem a polowanie na nie w tym przypadku odbywa się głównie z łodzi z silnikami strumieniowymi ponieważ są one nie osiągalne z brzegu. Znacznie lepszym i skuteczniejszym sposobem jest obławianie kanałów, którymi ryby przemieszczają się. Będąc w ruchu są znacznie bardziej agresywne oraz co najważniejsze mało płochliwe. To najlepszy moment by zaprezentować im naszą przynętę i sprowokować do ataku. Praktycznie większość rzek do których wpływają Kingi to rzeki spływające z lodowców. Ogromne masy niebieskiej wody co rok podczas przyborów niosą swym nurtem ogromne drzewa, rozrzucając je jak zapałki po brzegach i na dnie. Toczą głazy wielkości samochodu osobowego niczym kostki do gry. Szlifują kamienie na kształt jajka do tego stopnia iż brodzenie w takich warunkach nawet w butach zakutych w 60 tytanowych kolców jest narażeniem życia lub co najmniej ryzykiem poważnych obrażeń w sytuacji utraty równowagi. Do tego niesamowity uciąg wody, w której brodzenie do wysokości kolan to już wyczyn. To wszystko sprawia, iż łowienie nawet w kanałach, nawet z łodzi i nawet przy użyciu specjalistycznego sprzętu oraz ciężkich głowic typu Skagit i tipów T17-T20 to „syzyfowa” praca skazana na mały promil sukcesu. Te wszystkie czynniki powodują, że łowienie Kingów z premedytacją jest do dziś dnia tematem dyskusji, dociekań i domysłów. O ile jest wielu znawców tematu specjalizujących się np. w łowieniu Steelhead w podobnych warunkach co też uważane jest za wyższy stopień wtajemniczenia o tyle nie słyszy się o łowcach ogromnych Kingów, ze spektakularnymi wynikami i jakąś konkretną metodą, techniką , która była by potwierdzona jako ta jedynie właściwa i skuteczna zarówno w Ameryce Południowej jak i Północnej. Tym bardziej historia, którą chcę Państwu opowiedzieć nabiera smaku…

DSCN0841

Jurassic River

Zanim opowiem o lodowym królestwie, cofnijmy się jeszcze na chwilę w czasie do sezonu 2016 i mojej wyprawy do Pumalin National Park w Chilijskim Fjordlandzie nad rzekę, którą nazwałem Jurassic River . Nigdy nie używałem jej oficjalnej nazwy.  Dlaczego? Dla tego, że o jej istnieniu nie słyszeli nawet Chilijczycy. Dlatego, że mnie oczarowała jak pierwsza miłość, dla tego że byłem pierwszym Europejczykiem przed którym się odsłoniła. Dla tego, że pozwoliła się posiąść i okiełznać. Głównie jednak dla tego, że jest tak piękna, że zrobiłem to z „zazdrości” by ukryć ją przed komercją,  by ten ekosystem trwał nie zmieniony jak najdłużej. Trzy dni zajęło nam przegryzienie się przez preferencje wielkich Kingów z Jurassic River. Finalnie dobraliśmy przynęty i styl łowienia, wytypowaliśmy hot spoty i pierwsze pacyfiki pokazały swój majestat w pełnej krasie. Były to ogromne ryby o masie do 27kg, wyłącznie srebrne (fresh/chrome/fish) co było podyktowane datą (początek ciągów), oraz łowiskami w dolnych przyujściowych partiach rzeki. Nie był to nasz świadomy wybór. Górny bieg był po prostu nieosiągalny, całkowicie niedostępny nawet przy użyciu helikoptera.  Obławiając zatem głębokie kanały i nieliczne Resting Pool o głębokości do 12 m snuliśmy wyobrażenia o górnych  odcinkach z płytszą wodą pełną ryb. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, że istnieje takie miejsce, ukryte po drugiej stronie Andów.  Nie wiedzieliśmy również, że ryby które udało nam się złowić mogą być jeszcze większe. Inspiracją do dalszych poszukiwań największych łososi na świecie okazały się ostatnie dni naszego pobytu. Do właściciela bazy utrzymanej w tradycyjnym, rustykalnym stylu, gdzie do dnia dzisiejszego podsusza się wędzone na zimno ryby na siatkach zawieszonych pod sufitem, przybyła grupa czterech przyjaciół z Brazylii. Starsi panowie okazali się grupą lekarzy, którzy od wielu lat spędzają tam swoje męskie urlopy w gronie bliskich przyjaciół jeszcze z czasów studiów medycznych. Panowie wyposażeni w kije spiningowe z wielkim podziwem potraktowali nasz zapał do metody muchowej i z niedowierzaniem oglądali nasze wędki,  zadając pytania czy te patyki są w stanie okiełznać ryby z tej rzeki. Kiedy okazało się, że mamy na koncie już kilka dużych Kingów wyciągnęli telefony by przedstawić obraz rzeczywistego potencjału Jurassic River.  Niesamowitym był też fakt, że do tej pory nie spotkali tu żadnego innego wędkarza… Najniższy z nich, człowiek wzrostu około 160cm wyjął telefon i dając mi go do ręki zapytał ponownie „jesteś pewny, że ten sprzęt da radę takim rybom…” Na jednym ze zdjęć doktor prezentował jedynie swoje nadgarstki… Trzymał pod skrzela rybę, której głowa przysłaniała jego własną, kufa sterczała znacznie powyżej, ogromne cielsko całkowicie zasłaniało postać doktora a ogon spoczywał na trawie całkowicie zasłaniając buty. Był to samiec o długości powyżej 160cm i wadze blisko 50kg… Pamiętam, że mój jedyny komentarz powtórzony kilkukrotnie brzmiał „O Boże, o Boże… O mój Boże” Była to chwila której nigdy nie zapomnę. Chwila, która odmieniła wszystko. Stało się jasne, że nie jesteśmy w stanie dobrać się do takich ryb naszym sprzętem i w takich warunkach. Był to na pewno zwrot w strategii, logistyce i początek wielkiej przygody jaką miała się okazać już następnego sezonu Argentyna i wielka Santa Cruz.

DSCN0848

Glacier King.

Gdy tylko świat obiegła wieść, że właśnie skautuje się najnowsze łowisko Solid Adventures nazwane Glacier King wiedziałem, że muszę się tam znaleźć najszybciej jak to możliwe. Pierwsze zdjęcie, które obiegło świat wywołało prawdziwe tornado w branży. Był to samiec o wadze 30 kg, trzymany przez dwóch przewodników z Argentyny – Alexa Riosa i Pollo Coscia,  oraz raport Solid z pierwszych trzech dni skautingu na lodowcach, mówiący o 72 łososiach wylądowanych w ciągu trzech dni przez te dwie wędki! Waga ryb wahała się pomiędzy 10 a 30 kg! Był to prawdziwy szok. Alex Rios, tak pisał w swoim raporcie:

Potencjał tego miejsca jest po prostu niesamowity. Widzieliśmy ryby podążające za przynętą i zapinaliśmy je regularnie. Nie jest łatwo je wylądować. Rzeka jest stosunkowo mała co dodawało podniecenia kiedy widzisz ryby w dużej ilości zapinasz je i rozpoczyna się na twoich oczach walka, brutalna batalia i niekończące się odjazdy we wszystkich kierunkach. Łowienie napompowane jest emocjami a miejsce jest wprost majestatyczne…”

Dodatkowym smaczkiem  w tej całej historii jest brak odpowiedzi na pytanie skąd pacyfiki wzięły się po drugiej stronie Andów i wpływają do zlewni Santa Cruz w argentyńskiej części Patagonii od strony Oceanu Atlantyckiego?

Po doświadczeniach w Chile waga ryb dla mnie samego nie była najbardziej poruszającym mnie faktem, również raport o prawdziwych bataliach które już przeżyliśmy został przyswojony bardzo łagodnie. Natomiast jeden detal był dla mnie czymś co od pierwszego momentu spędzało mi sen z powiek –„rzeka jest stosunkowo mała” , „widzimy ryby podążające za przynętą i regularnie je zapinamy” …  To był dla mnie „Święty Graal” i „Zaginiony Świat” w jednym.  Byłem już pewny, że to łowisko Kingów numer jeden na świecie. Nie musiałem kontaktować się z Christerem Sjobergiem, znanym w Polsce głównie jako założyciel marki LOOP oraz prekursor trawelu w branży FF. On zawsze wyprzedza moje myśli i kroki, rozumiemy się bez słów. Przeczytałem tylko wiadomość sms „Greg  –  jesteś gospodarzem tygodnia (hosted week) na Glacier King w 2017 roku.” Taki zaszczyt pomyślałem, czy to w ogóle możliwe? Czasami, kiedy poświęcasz się swojej pasji bez reszty i nigdy nie zbaczasz z obranej drogi, przychodzi taki czas kiedy wszystko staje się możliwe a rzeczy o których kiedyś tylko marzyłeś stają się rzeczywistością. Są też ludzie, którzy dostrzegają twoje poświęcenie i potrafią to docenić… Zatem tak! Znowu szczęśliwa karta w grze, kolejny „asior” w rękawie. Rozpoczęły się przygotowania. Sprawę komplikował fakt, że zaistniała potrzeba połączenia wypraw na dwa łowiska w jeden multi trip z trzytygodniowym pobytem w Argentynie, co wiąże się z naprawdę dużymi kosztami i jednocześnie miesięczną nieobecnością członków wyprawy w domu i pracy. Nie pozostało więc nic innego jak tylko zaproponować wyprawę tym, którzy z tego pieca już chleb jedli, czyli uczestnikom zeszłorocznej wyprawy do Chile, która odcisnęła mocne „piętno”w ich umysłach. Jak również przekonać do wyjazdu tych, dla których King Salmon był dopiero celem i pozostawał w sferze planów na przyszłość. W krótkim czasie zmontowałem dobrze zgraną ekipę gotową do zatknięcia biało-czerwonej bandery na Lodowcach Argentyny.

IMG_1956

 

IMG_1924

 

IMG_1923

 

IMG_1990

Podróż do lodowca

Startujemy z Berlina przez Madryt. Trasa z Madrytu do Buenos Aires to 13 godzin lotu przez Atlantyk i odległość ponad 10.000km. Lot odbywa się w nocy więc jest całkiem znośny, pomagają multimedia i miła obsługa. Rano lądujemy w Boskim Buenos. Odprawa i pierwszy podmuch gorącego powietrza… Właśnie wskoczyliśmy z europejskiej zimy w środek lata na drugiej półkuli. Dla kogoś, kto robi to często to tylko kwestia rozebrania się ale za pierwszym razem wywołuje na prawdę duże wrażenie. Boskie Buenos… Miasto-państwo. Jest ogromne i wspaniałe. Tu ciągle powiew minionej epoki, dawnej świetności tego jednego z największych i najbogatszych niegdyś krajów świata jest wyraźnie odczuwalny. Mamy całe popołudnie i noc w Buenos Aires. To  celowo opracowany punkt programu,w którym nie brakuje miejsca na argentyńskie steki okraszone świetnym winem, wspaniałe zabytki i Tango Show.

IMG_2335

 

IMG_2306

 

IMG_2363

 

IMG_2350

 

IMG_2338

 

IMG_2374

Rano wylatujemy z lotniska domestic z Buenos Aires do Rio Gallegos. To 3 godziny lotu i odległość nieco ponad 2000 km. Przed nami pierwszy pit stop czyli Rio Gallegos, Estancia Las Buitreras i Searun Trout. Opowieść o wielkich trociach z tygodnia na Gallegos zostawimy sobie jednak na kolejne spotkanie. Zabieram Was od razu do hotelu w El Calafate w prowincji Santa Cruz, położonego malowniczo na wzgórzu z widokiem na wspaniałe Lago Argentino – największe słodkowodne jezioro Argentyny z którego wypływa słynna Santa Cruz by po prawie 400 km wlać swoje wody do Atlantyku. Widok jest wprost niesamowity. Mleczno niebieskie wody ogromnego jeziora, którego tylko jedna zatoka rozciąga się przed nami, otoczone górami o ośnieżonych szczytach. Nie widzimy jeszcze lodowców. Dzieli nas od nich 3 godzinny rejs dużym pasażerskim katamaranem, należącym notabene do właścicieli naszej Estanci, której dobre imię i tradycje spotykają się z wielkim uznaniem wszystkich, z którymi mieliśmy okazję rozmawiać w El Calafate. Katamaran, którym płyniemy to nowoczesna  jednostka turystyczna, która zabiera grupy z El Calafate i transportuje do lagun lodowych na tzw. Glacier View Boat Tour z przewodnikiem, fotografem i kateringiem. Jest jednocześnie jedynym środkiem transportu do naszego miejsca docelowego, do którego można się dostać jedynie drogą wodną przez jezioro Argentino. Płyniemy zatem w rejs na lodowce, który mamy wliczony w cenę i który dla nas jest jak gdyby tylko transferem a dla innych pasażerów stanowi  atrakcję docelową. Po kilkudziesięciu minutach katamaran mija pierwsze dryfujące góry lodowe. Zbliżamy się do lodowej laguny i języka lodowca Upsala należącego do tzw. Południowego Lądolodu Patagońskiego. Poza Antarktydą i Grenlandią to największy fragment lądolodu na planecie. Usytuowany w patagonskiej części Andów, rozciągnięty na około 350 km na obszarze 16.800 kilometrów kwadratowych, z czego 2.600km kwadratowych znajduje się na terenie Argentyny a 14.200km kwadratowych w Chile. Większość Lądolodu chroniona jest parkami narodowymi  w tym na terenie Chile (Bernardo O’Higgins i słynny Torres del Paine) oraz w Argentynie (Los Glaciares). To na terenie tego ostatniego właśnie się znajdujemy, gdyż większa część już samego jeziora to strefa Parku Narodowego i to właśnie to miejsce było celem naszej podróży przez Atlantyk. Podziwiamy lodowce. Majestat szczytów i lodowych języków odbiera mowę Trudno określić co jest bardziej błękitne – niebo, lód, czy wody jeziora… Od czasu do czasu ogromy huk odłamujących się fragmentów lodu przypominający odgłosy burzy uzmysławia nam nasze miejsce w przyrodzie.. Łódź krąży bardzo blisko, wszystko jest wręcz na wyciągniecie ręki… Przepiękna pogoda i wspaniała widoczność ubierają całość w dodatkowe doznania chyba już nie tylko estetyczne. Tu zaciera się granica pomiędzy pięknem a mistycyzmem. Potęga natury kolejny raz potwierdza swoje bezwzględne panowanie nad ludzkością w każdym aspekcie. Co jeszcze może nas spotkać? Czy może być coś jeszcze piękniejszego? Z całej grupy, tylko ja zdawałem sobie sprawę że to dopiero preludium, lodowe wrota do krainy, którą na swoje miejsce przeznaczenia wybrały największe łososie świata zwane Kingami. Staliśmy właśnie u ich progu otoczeni górskimi szczytami spowitymi śniegiem, lodem i chmurami. W otoczeniu natury tak dzikiej i dziewiczej, że każdy oddech zdawał się być przywilejem i zaszczytem. W tym momencie miałem już świadomość, że dotarliśmy do „ziemi obiecanej” jednak źródło wszelkiego życia znajdowało się jeszcze dalej…

IMG_1950

 

IMG_1961

 

IMG_2017

Katamaran dobija do prywatnej przystani będącej już własnością bazy. Witają nas przewodnicy i Claudio, manager naszego programu wędkarskiego na tym łowisku. Znamy się bardzo dobrze z Las Buitreras Lodge. Estancia to posiadłość ziemska zupełnie „odcięta od świata”, enklawa w sercu parku narodowego do której jedyna droga z El Calafate to droga wodna przez jezioro Argentino.  Założona w 1914 roku przez Josepha Percivala Mastersa osadnika, który przybył tu wraz z rodziną z Wielkiej Brytanii w roku 1900 w poszukiwaniu miejsca pod przyszłą hodowlę owiec i bydła. Lodge po dziś dzień kultywuje swoją historię, której dzieje obejrzeć możemy w lokalnym muzeum ufundowanym przez spadkobierców założycieli. Swoją sławę w branży turystycznej zyskał jako doskonała i bardzo ekskluzywna baza wypadowa na lodowce i okoliczne atrakcje parku narodowego, które stanowią główną ofertę Lodge. Przyciąga ona wspinaczy, alpinistów, miłośników trekkingu oraz przyrodników z całego świata. Serwis wędkarski jest zupełną nowością i został opracowany po długich negocjacjach z właścicielami, którzy zgodzili się zadedykować go do obsługi najlepszym outfitters-om w kooperacji z władzami parku narodowego i pod ich nadzorem. To właśnie dzięki temu elitarnemu programowi z bardzo limitowaną liczbą „wędek” w sezonie mamy zaszczyt przebywania w tym unikatowym i niesamowitym miejscu.

IMG_2049

 

IMG_2046

 

IMG_2032

 

IMG_2045

 

IMG_2033

 

IMG_2053

Będziemy łowić grubo.

Wieczór poprzedzający pierwszą sesję to prawdziwa nerwówka i przygotowania do starcia z królem królów. Każdy dostanie swoje” pięć minut” to pewne, trzeba tylko wykorzystać szansę i nie dać się pokonać. Nie będzie to łatwe i wszyscy mają tego świadomość. Będziemy łowić  grubo, jak grubo to zweryfikuje pierwszy dzień. Jeśli chodzi o sprzęt to większość ekipy jedzie LOOP-ami Cross S1 lub ST wersja travel w klasie #9 długości 13,6 stopy. Do tego „grube korby” Opti Megaloop lub Classic z kilkusetmetrowym zapasem podkładu 50lb. Głowice Skagit z tipami T17 i w górę. Zaczynamy od fluorocarbonów min. 0,45. Jeśli chodzi o muchy to mamy duży zapas bajtów na hakach 3/0 oraz na tubach. Wzory sprawdzone i wypracowane w Chile plus patenty od znamienitych nazwisk. Do tego zapas sprawdzonych much, którymi dysponują nasi przewodnicy. Będziemy je dobierać w zależności od uciągu i głębokości wody. Nasza rzeka to dopływ jeziora Argentino z którego wypływa słynna Santa Cruz, można powiedzieć zatem, że stanowi początek – źródła Santa Cruz. Długość odcinka pomiędzy polodowcową laguną z której wypływa rzeka a ujściem do jeziora Argentino to około 13km ale nasze łowisko to pierwsze 9 km rzeki, która na 9 kilometrze dostaje dopływ niosący mleczno-niebieską bardzo zimną wodę spadającą bezpośrednio z lodowca. Zgodnie z fishing planem dzielimy się na cztery dwuosobowe ekipy.  Jako host nie mam zbyt wielu okazji do łowienia, dołączam więc do Lecha, który nie ma pary. Wszyscy będą obławiać po kolei wszystkie cztery Zone w systemie rotacyjnym. Strefy rozciągnięte są na całym 9 km odcinku a każda z nich posiada przynajmniej po dwa Resting Pool połączone rapidami oraz kanałami. Sektor najwyżej położony to tzw. Mammoth Bay (Zatoka Mamutów). Zalicza się do niego zatoka jeziora –polodowcowej laguny z której wypływa rzeka, samo wyjście rzeki z jeziora i około 200m odcinek rzeki z kilkoma bardzo dobrymi hot spotami. Wszystkie odcinki prezentują się bardzo obiecująco na mapie ale Mammoth Bay od pierwszego momentu wydaje się skupiać całą moją wyobraźnię… Czyżby to było to o czym myślę? To o czym marzyłem tylko w Chilijskim Fjordlandzie? „Źródło wszelkiego życia”?

IMG_2056

W zatoce Mamutów.

Pada na nas. Ja i Lechu udamy się na pierwszą sesję do Mammoth Bay. Czeka nas około 4km trekking wzdłuż rzeki, trasą przetartą dopiero niedawno przez przewodników. Rozdzielamy się w miejscu do którego może dojechać z Estanci nasz transport, ogromy amerykański truck –Dodge Ram. Znajduje się ono dokładnie po środku naszego 9 km odcinka. Z tego miejsca do sektorów możemy się dostać tylko pieszo, ponieważ poruszanie się pojazdów poza tą strefą jest już zabronione przepisami parku. Jako ciekawostkę podam też fakt, że na terenie całego parku narodowego obowiązuje również całkowity zakaz palenia papierosów. Życzymy sobie „połamania” i wszystkie ekipy ruszają na łowisko. Przed naszą dwójką nie lada wyzwanie. Musimy zmieścić się w czasie. Trzeba dojść , chwilę ochłonąć, złożyć sprzęt przyłożyć się do krótkiej sesji i maksymalnie wykorzystać szansę. Po krótkiej chwili docieramy do samej rzeki, która wije się wzdłuż wyznaczonej trasy jednak my poruszamy się płaskowyżem omijając niedostępne fragmenty i skracając sobie drogę do celu. Tu jednak docieramy do miejsca z którego dalsza trasa wiedzie po brzegu rzeki. Jest niesamowita, to najpiękniejsza rzeka jaką widziałem do tej pory. Jest taka jak rzeki z moich snów – rzeki bez skazy, bez wad, niczym przeniesione na ziemię prosto z raju… Rzadki busz trzyma się pasem oddalonym o kilkanaście metrów od linii brzegowej, sam brzeg przypomina idealne rzeki północnej Norwegii tylko trawka po której stąpamy zastępuje porosty północy. Schodzi ona do wody tak gładko, że ma się wrażenie iż to nie może być realne, kto był twórcą tego wszystkiego?  Płytki nurt omywa przybrzeżny żwir krystaliczną, lekko niebieskawą wodą. Jeszcze nie dotarliśmy do celu ale to co nas otacza jest niewiarygodne, niespotykane, nieziemskie… Kawałek dalej nurt łagodnie schodzi przykosą w niegłęboki kanał. Ma około 2 metrów szerokości i niesie już bardzo poważną masę mocno niebieskiej oczywiście wciąż krystalicznej wody. Głębia koloru niebieskiego wzmaga się po prostu wraz z rosnącą głębokością. Poniżej nurt uderza w sam środek pojedynczego, ogromnego głazu po środku rzeki by rozdzielić się na dwa warkocze i równe spowolnienie. Przed nami jak na wyciągnięcie (bardzo duża przejrzystość powietrza) ogromne góry z ośnieżonymi szczytami niesamowicie kontrastującymi z błękitnym absolutnie pozbawionym chmur niebie. To wszystko rozświetlone promieniami patagońskiego lata. Jest ciepło i bezwietrznie. Być może pogoda zmieni się za godzinę, może za 30 min, to serce Patagonii, przedpole najdłuższego łańcucha górskiego świata (Cordillera de los Andes 9.000km), rozciągającego się przez terytoria aż 7 krajów. Jego trzy najwyższe szczyty to prawie siedmiotysięczniki. Potęga natury w czystej formie w tym dokładnie momencie obdarza nas tą niepowtarzalna chwilą, która na pewno nie potrwa wiecznie. Musimy jednak iść dalej bo jesteśmy już blisko. Ruszamy wzdłuż rzeki. Właściwie nie wiadomo gdzie patrzeć. Wszystko na tym obrazku to czysta perfekcja. W malutkiej zatoczce o brzegach porośniętych trawą i piaszczystym dnie natykamy się na znalezisko będące zapowiedzią tego z czym mamy tutaj do czynienia. Zatoczka okazała się miejscem walki pomiędzy Pumą a wielkim Kingiem (głowa i kręgosłup ryby objedzony z mięsa). Obie siły zrobiły na nas potężne wrażenie  – poczułem dreszcz i gęsią skórę bo  widok dobitnie uświadamiał możliwości tego drapieżnika. Głowa ryby miała kilka dni, była już mocno podeschnięta. Po mimo to ciągle ważyła przynajmniej 4-5kg. Zęby wystające z obsuszonej szczęki miały u podstawy grubość palca. Trzon kręgosłupa miał grubość mojego nadgarstka. Oszacowaliśmy rybę na około 160cm długości i na pewno 50kg wagi! Zrobiłem kilka fotek i ruszyliśmy dalej.

Poland team28

Po chwili naszym oczom ukazało się wypłaszczenie nurtu a rzeka mocno rozszerzała swoje koryto – dotarliśmy! Przed nami Mammot Bay i polodowcowa laguna – „źródło wszelkiego życia”, do którego przybywają największe łososie świata. Laguna była pełna monstrualnej wielkości ryb, które nawet ze szczytu wydawały się potężne – większość mogła ważyć blisko 50kg. Spokojnie przemieszczały się w ławicach liczących po kilkanaście osobników, a niektóre wyskakiwały ponad powierzchnię. Pływały tam, gdzie jezioro daje początek rzece, zapuszczając się do niej i wracając po chwili do jeziora. Obserwowałem też nowe ryby, które wstępowały do jeziora. głębokość wody w ujściu wynosiła około metra, nie licząc wąskiego kanału, którym wielkie łososie najchętniej przedostawały się w górę rzeki. Grzbiety ryb pokonujących metrowej głębokości wlewkę często wystawały ponad powierzchnię wody. Tego dnia łowiliśmy w ujściu Zatoki Mamutów i choć straciliśmy po jednej bardzo dużej rybie, wiedzieliśmy, że był to dzień, którego właściwie nie powinno się skalać wylądowaniem Króla. Matka natura miała dla nas swój plan i najwyraźniej postanowiła dawkować nam emocje.

IMG_2124

 

_DSC9714

Demonstracja siły.

Na powrocie okazuje się, że wszyscy zostali potraktowani sprawiedliwie. Prawie wszyscy zaliczyli kontakty, natomiast stawkę rozpruł Edward, lądując rybę 120cm+. Ta pierwsza sesja była dla wszystkich poligonem doświadczalnym. W ruch poszły przypony 0,50 mm, wymiana haków i przesiadka z bajtów, które silny nurt wybijał w górę nawet na tipach T17 na intrudery i leech. „Lżejszymi” ale przede wszystkim szybciej tonącymi muchami chłopcy szyli wodę jak „overlokiem” szybko rozgryzając preferencje wielkich ryb. Zgodnie z oczekiwaniami ryby poustawiane w Resting Pool bardzo słabo reagowały na przynęty pomimo spektakularnych wyskoków i kontaktowi wzrokowemu. „Złotym Graalem ” okazała się szybka  woda o równym uciągu i kanały którymi ryby przemieszczały się i w których znajdowały się w ciągłej aktywności nawet podczas chwilowych postoi po środku rzeki przed przekroczeniem kolejnych kipielisk i rapidów. Cóż to był za obraz i demonstracja siły. 20-30-40 kg cielska ustawione po środku najszybszego uciągu, które zamierają w nim wręcz bez ruchu na krótkie chwile… Nurt jest tutaj tak silny, że przewrócił by z łatwością samochód osobowy. Teraz wiemy dlaczego są tak potężne, dla czego nazwano je Kingami. Wiemy też, że ten przydomek należy się im ze wszystkimi honorami. To nie rzeka panuje nad nimi, to nie ona układa je w nurcie. To Kingi decydują o wszystkim, nie wzruszone całą potęgą rzeki. One są jeszcze potężniejsze, jeszcze silniejsze, jeszcze bardziej zdeterminowane… Czy potraficie sobie wyobrazić walkę z przeciwnikiem zakutym w taki oręż? Zapewne nie i zapewne nie jest to walka. To prawdziwa batalia, w której obie strony mają takie same szanse i mogą ponieść takie same straty. Dlaczego odnieśliśmy sukces? Dlatego, że „ktoś” przystosował arenę do walki, umożliwiając w wielu miejscach podążanie za przeciwnikiem po 300-400m. Wielu z nas po raz pierwszy w życiu miało się okazję przekonać jak w kilka sekund wyjeżdża cały running line a potem 300 m podkładu o sile 50lb. Jak pękają przypony półmilimetrowej grubości. Jak jęczą dokręcone praktycznie do końca hamulce potężnych kołowrotków. Jak odcina człowiekowi oddech po przebiegnięciu rzeką 200-300 m podążając za rybą nie do zatrzymania. Jak nogi i ręce odmawiają posłuszeństwa a walka toczy się dalej tylko na wskutek wpompowanych przez sam organizm ogromnych dawek adrenaliny. Po wylądowaniu ryby nie wiadomo, kto jest bardziej zmęczony, bez pomocy osób trzecich samo lądowanie jest rzeczą niewykonalną. Po tym, ktoś musi zając się rybą i na pewno nie jest to łowca, bo ten leży bez ruchu na kamieniach i właściwie sam potrzebuje pomocy… W takich chwilach każdy dostrzega rolę przewodnika. To ludzie, bez których pomocy prawdopodobnie nie udało by się wylądować ani jednej z 21 ryb. Ani jedna z tych ryb nie wróciłaby też w doskonałej kondycji z powrotem do rzeki. Skalę wysiłku i potęgi tych ryb obrazuje najlepiej fakt iż już drugiego dnia stało się kanonem, że łowca nie wychodził na kolejną sesję po stoczonej wygranej walce. Przyszło to w sposób naturalny dając łowcy czas na celebrację sukcesu. Po złowieniu jednej takiej ryby osiągamy swoją własną „nirvanę” – uczucie totalnego spełnienia oraz błogostan wprowadza nas w stan relaksu absolutnego. Teraz nie musimy już nic…

Poland team22

 

Poland team21

 

Poland team25

 

_DSC9724

 

Poland team42

 

_DSC9729

 

IMG_2146

 

IMG_2149

 

_DSC9864

 

Poland team35

 

Poland team39

 

Poland team41

 

Poland team33

 

Poland team19

 

Poland team29

 

_DSC9639

 

_DSC9789

 

Poland team32

 

Poland team34

 

IMG_2272

 

IMG_2279

 

_DSC9761

 

_DSC9672

 

_DSC9684

 

_DSC9705

 

_DSC9865

 

_DSC9748

 

_DSC9799

 

_DSC9828

 

_DSC9850

 

_DSC9836

 

_DSC9852

 

_DSC9871

 

_DSC9887

 

IMG_3017

 

_DSC9846

 

IMG_3136

Nieziemska statystyka

Z dnia na dzień wyniki były coraz lepsze a liczba holi zakończonych lądowaniem znacznie wzrosła. Chłopcy nabrali pewności siebie i byli totalnie zrelaksowani. To zawsze pomaga a więź z rzeką robi się coraz ciaśniejsza. Padają ogromne ryby. W tym King o długości 140 cm i wagi 35 kg +, z którym wspaniałą walkę w popisowym stylu wygrał Maciek. Nikt już nawet nie pamięta ile trwała ale był to bój, który rozegrał się na około 400 m odcinku rzeki. Pierwszy raz ryba zwiozła Maćka przez dwa czy trzy pool oraz kilka bystrzy. Wielką klasę pokazał też Rafał, zaliczając najwięcej ryb oraz Marcin, który również wykręcił życiowy wynik podejmując kilka ogromnych Kingów. Dla mnie był to również wyjazd bardzo szczególny pod każdym względem. Przede wszystkim udowodniłem naszą pozycję na arenie międzynarodowej, pokazując możliwości polskiej wędki DH, które w niczym nie odstają od światowych elit. Otworzyłem nową furtkę do miejsc nieosiągalnych do tej pory dla Polaków.  Moja grupa wykręciła najlepszy wynik w historii bazy jeśli chodzi o statystyki wylądowanych ryb. Dla porządku podam, że podczas naszego pobytu 7 wędek wylądowało 21 ryb o masie od 15 do 35kg„spuściło” w walce kolejnych 30!   Osobiście wykorzystałem też swoje 5 minut wygrywając walkę singlowym kijem  w #12 klasie z samcem o wadze około 25kg, kolejny raz potwierdzając swój przydomek „Single hand Man”. Spuściłem też ogromną rybę o długości około 160 cm uznając jej wyższość i kończąc przed czasem walkę z królem królów, oddając mu należyte honory. I tą historię postaram się kiedyś Państwu opowiedzieć…  Przede wszystkim dotarłem do „źródła wszelkiego życia”, do serca lodowców, gdzie kończy się wędrówka największych łososi świata. Do miejsca wybranego przez ryby spośród bezmiaru wód obu Oceanów. Zostałem też uhonorowany możliwością poprowadzenia tego zjawiskowego tripu oraz nowym przydomkiem „galaktyczny”, otrzymanym od moich gości w ramach podsumowania. Dlaczego „galaktyczny”? Otóż dla tego, iż jak wszyscy zgodnie stwierdzili był to trip i ryby „nie z tej planety” i żeby to wszytko przebić trzeba będzie opuścić ten „układ” i udać się w dalsze „rubieże kosmosu.”

zdjęcie na FB 2

Tekst Grzegorz Fryc

Fot. Tomas Agustin Biott/Manuel Biott/Grzegorz Fryc.